Social Share:
SzkołaWielkimi kokami nadciąga chwila, kiedy rodzice rzucą się tłumnie na księgarnie, szukając podręczników dla swoich pociech. Niektórzy już się zabrali do dzieła i... włos im się zjeżył na głowie. Niejeden z nich zapłacił nawet 600 zł. A jeśli pomnoży się tę kwotę przez liczbę dzieci... Strach nawet pomyśleć, jaka zatrważająca kwota wyjdzie.. .
Czy rzeczywiście tak to powinno wyglądać, że co kilka lat, a niekiedy co roku zmienia się jakieś detale w podstawie programowej, żeby młodsze dzieci nie mogły korzystać z podręczników starszego rodzeństwa? Czy rzeczywiście jest tak, że niemalże do każdego przedmiotu musi być i podręcznik i ćwiczenia? Czy rzeczywiście musi być tak, że niektóre roczniki idą tzw. nowym programem i rodzice co roku zmuszeni są do zakupu zupełnie nowiutkiego kompletu książek?

Kto na to pozwala i w czyim jest to interesie? Bo na pewno nie rodziców! A wydaje się, że uczniów także nie, bo z roku na rok spada poziom ogólnego wykształcenia... O co więc chodzi? Pytanie zda się zupełnie retoryczne... I już tylko gwoździem do trumny może być informacja, że niewiele jest w Europie krajów, gdzie rodzice sami muszą zapewnić swoim pociechom podręczniki, Większość państw zwalnia rodziców z tego przykrego obowiązku, przerzucając go na szkoły. Francja, Niemcy, Wielka Brytania – tam dzieci otrzymują podręczniki w szkole, rodzice nie muszą ganiać z listami po księgarniach i co wakacje zostawiać w nich majątek. Wielka Brytania posunęła się nawet dalej i szkoły zapewniają dzieciom absolutnie całą wyprawkę, od długopisu i zeszytów począwszy, poprzez farby i bloki rysunkowe, na plastelinie skończywszy...

Ale nie wymagajmy za dużo, niech nasze państwo pozwoli nam chociaż korzystać z tych samych podręczników przez kilka lat, tak żeby rodzeństwo mogło się uczyć z tych samych książek, a nie co roku wspomagało składy makulaturowe tonami nikomu niepotrzebnych podręczników, bo ktoś w nich wymienił parę stron i dwie tabelki...