Social Share:
premier Donald TuskPremier ogłosił rok 2013 Rokiem Rodziny. Ma to podkreślić ważność rodziny i jej priorytetowe traktowanie...
 
Jeśli zestawić to jednak ze słynnym już zdaniem przypisywanym premierowi, że „dla państwa najtańsza jest rodzina bez dzieci" i że „nie każdy pieniądz wydany na rodzinę sprzyja dzietności", to zastanawiamy się, co tak naprawdę, oprócz gestów, rząd chce zrobić konkretnie dla rodzin.
 
Do tej pory słyszymy o wydłużeniu urlopów macierzyńskich, ale to dotyczy tylko mam pracujących i to tych, które po urodzeniu dziecka chcą bądź muszą wrócić do pracy. A co z mamami, które chciałyby zostać z dziećmi w domu? A z tymi, które nie pracują zawodowo? One też przecież tworzą rodziny a tak, jakby nie istniały w „prorodzinnych" poczynaniach rządu.
 
Słyszymy też o miejscach w żłobkach i przedszkolach. Ale ile jest mam, które marzą o oddaniu niemowlaka do żłobka? Słyszymy o ułatwieniach w powrocie do pracy kobiet po macierzyńskim. To wciąż właściwie obejmuje tylko jedną grupę kobiet – czynnych zawodowo, a zupełnie pomija te, które naprawdę chcą się poświęcić rodzinie. Więc czy te działania tak naprawdę służą rodzinie? Szczególnie, że jednym z założonych działań prorodzinnych na 2013 r. jest refundacja in vitro...
 
A my byśmy chcieli zwyczajnie, tak po prostu, móc korzystać swobodnie z pieniędzy, które musimy oddać w podatkach pośrednich i bezpośrednich i innych obciążeniach. I wtedy nie potrzebujemy Roku Rodziny, zapomóg i specjalnego traktowania... Może zacznijmy od obniżenia podatku VAT na artykuły dziecięce z 23% do 0%, jak w innych krajach. Albo nie bądźmy zachłanni, pójdźmy na kompromis, niech będzie do poziomu podatku VAT na prezerwatywy – 8%. Wtedy to byłyby prawdziwy Rok Rodziny, tak zauważalny we wszystkich rodzinach, że nawet nie trzeba byłoby go hucznie, medialnie ogłaszać...